Fragment - całość artykułu dostępna w numerze 05/2003 Newsweek'a.



       powiększ obraz             powiększ obraz

KULTURA Newsweek numer 05/03, strona 88.
Talent i tupet. Magda Łukaszewicz

Film

Jeśli marzysz o zawodzie reżysera, szkoła filmowa jest ostatnią rzeczą, której potrzebujesz. Dowodem kariera 32-letniego Daniela Strehlaua z Warszawy.

Największa w Nowym Jorku wypożyczalnia kaset wideo - Kim's VIDEO przy East Village na Manhattanie - zawiera 30 tys. tytułów z całego świata. W sekcji East Europe Polskę reprezentują dzieła Kieślowskiego, Wajdy, Zanussiego i Hasa. Brak tu filmów Lubaszenki czy Wereśniaka. Ale za to jest półka, opatrzona tabliczką: "Daniel Strehlau". Strehlau? Ani o nim, ani o jego filmach nikt w Polsce nie słyszał. Ma 32 lata, nie dostał się w Polsce na reżyserię, ale zrobił dwa filmy dokumentalne o tematyce polsko-żydowskiej, potem dwie krótkie fabuły i w Stanach już go doceniono. Został stypendystą Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku, członkiem Association of the Independent Film and Video Makers i otrzymał główną nagrodę na Jewish Video Competition w 1998 roku w Berkeley za dokument "Żydzi Warszawy". Za dwa miesiące rozpocznie zdjęcia do swojego pierwszego pełnometrażowego filmu fabularnego "Trzy historie". W roli głównej wystąpi Bogusław Linda. Producentem filmu będzie własna firma Strehlaua. Współprodukcją i dystrybucją "Trzech historii" zajmie się Syrena Entertainment Group. I wreszcie - uwaga - film będzie dystrybuowany w USA przez firmę Miramax. - Znam scenariusz i jestem przekonany, że powstanie wspaniały obraz - twierdzi reżyser Irvin Kershner, twórca m.in. "Imperium kontratakuje" (1980). Amerykanin był jednym z widzów twórczości dokumentalnej Strehlaua na pokazie w Los Angeles w 2001 roku i od początku wypowiadał się o niej entuzjastycznie. Nic dziwnego, że ze scenariuszem pierwszej fabuły Polak po opinię zgłosił się do Kershnera. - Zrobię wszystko, żeby film zobaczyło jak najwięcej członków Akademii, co da mu szansę na nominację do Oscara - twierdzi Amerykanin. A Strehlau zapewnia: - Zrobię dobry i piękny film. Będą to trzy nowele, opowiadające o miłości, o biologicznej egzystencji i o psychologii. Ich bohaterowie spotkają się przypadkowo na skrzyżowaniu ulic. Zakochana para będzie jechała na motocyklu ("Niezależni"), stolarz na rowerze ("Niemi"), a makler z rodziną w limuzynie ("Spragnieni"). Drugim elementem spajającym historie jest miejsce akcji: Polska. - Amerykanie coraz bardziej interesują się naszym krajem. Wajda i Kieślowski są tam w cenie. Mój film będzie nawiązaniem do poetyki ich dzieł - dodaje reżyser. Strehlau to kolejny polski twórca, którego nie chciały w swoich salach wykładowych rodzime uczelnie artystyczne. Robi mimo to, na własną rękę, karierę światową. Zaprosiliśmy go do redakcji "Newsweeka", by o tym opowiedział. Strehlau jest szczupły, na pierwszy rzut oka przypomina speszonego studenta. Ale wystarcza mocny uścisk dłoni i spojrzenie niebieskich oczu, a już wiemy, że pozory mylą. Z torby wyciąga grubą teczkę. - Ważne papiery zawsze noszę ze sobą, bo nie wiadomo, kiedy się przydadzą - oznajmia dobitnym głosem. Wyciąga kolejne dokumenty: - To list gratulacyjny od papieża, który bardzo wysoko ocenił mój dokument "Żydzi Warszawy", a to pismo z Białego Domu od prezydenta Busha, który podziękował mi za artystyczny wkład w pojednanie polsko-żydowskie. To z kolei list intencyjny z amerykańskiej wytwórni Miramax.

W liście Parker Stanberry, dyrektor departamentu nowych projektów Miramaksu, oznajmia, że zapoznał się ze scenariuszem Strehlaua i że jego firma jest zainteresowana dystrybucją filmu na terenie USA. Takie listy intencyjne to rzecz częsta w biznesie filmowym - są mocną kartą atutową do rozmów o pieniądzach z inwestorami. List polecający od Miramaksu Strehlau zdobył w grudniu 2000 roku podczas półrocznego pobytu w Nowym Jorku, gdzie był stypendystą Fundacji Kościuszkowskiej. Tam nawiązał kontakt z Miramaksem i przedstawił swój scenariusz. - Scenariusz nas zaintrygował - potwierdza Stanberry. - Tupet i pewność, że jeśli się odrobinę pomyśli, to można wszystko osiągnąć, pomagają mi w realizacji celów - oznajmia Strehlau, w którego taktyce zdobywanie pisemnego poparcia znanych ludzi zajmuje jedno z głównych miejsc. Dzięki takim pismom nie zaczynał projektu od poszukiwania pieniędzy na jakiś mglisto zarysowany projekt filmowy. Po napisaniu scenariusza "Trzech historii" w 1997 roku, a później uzyskaniu pochlebnych opinii, skompletował obsadę i ekipę jeszcze przed oszacowaniem budżetu. W jego filmie poza Lindą zagrają m.in. Danuta Stenka, Franciszek Pieczka i Jerzy Trela. Przeprowadził wstępne próby kamerowe. Przygotował profesjonalny scenopis z dokładnym harmonogramem prac, wyszukał plany zdjęciowe i uzgodnił zasady ich wykorzystania (film będzie kręcony m.in. w prywatnych domach w Warszawie). Autorem zdjęć będzie Paweł Edelman, film zmontuje Milenia Fiedler, kostiumy zaprojektuje Dorota Roqueplo, a piosenkę promującą film zaśpiewa Edyta Górniak - słowem, wszystkie "role" filmowego przedsięwzięcia Strehlau obsadził postaciami z pierwszej ligi. Dopiero po zdobyciu ich zgody przygotował precyzyjny kosztorys, opiewający na 1,6 miliona złotych (to połowa typowego budżetu polskiego filmu) i ruszył na poszukiwanie pieniędzy. Ma listę inwestorów prywatnych, od których otrzymał połowę kwoty. Resztę negocjuje ze stacjami telewizyjnymi, m.in. z TVP i Agencją Produkcji Filmowej. Sprytne? Owszem - jego głowa przez cały czas kręci się jak na śrubce. Podczas rozmów z Miramaksem o "Trzech historiach" powiedział: - Wiem, że wykupiliście prawa do ostatniego tryptyku Kieślowskiego i Piesiewicza ["Niebo", "Piekło", "Czyściec" - pierwszy obraz z tego cylku wyreżyserował Tom Tykwer - przyp. red.]. Wiem, że szukacie człowieka, który zrealizowałby "Piekło". Ja jestem tym reżyserem. - Istotnie, rozważamy powierzenie pracy nad "Piekłem" Strehlauowi - powiedział "Newsweekowi" Parker Stanberry. - Głowa mi puchnie od pomysłów - mówi Strehlau. Trzy lata temu wykombinował, że zrobi telewizyjny film o życiu Isaaca Bashevisa Singera - piszącego w jidysz noblisty, urodzonego w Polsce, od 1935 roku żyjącego w USA. - Przedstawiłem konspekt pracy nad filmem w Fundacji Kościuszkowskiej i dostałem półroczne stypendium na zebranie materiałów o Singerze - opowiada Strehlau. I dodaje: - W Stanach jest łatwiej, bo tam ludzie dysponujący kapitałem są bardziej otwarci na takie pomysły.